| Okładka | Opis |
![]() |
|
Grzędowicz. Nazwisko, które musiało przynajmniej obić się o uszy każdemu czytającemu fantastykę. Oraz „Pan Lodowego Ogrodu”, tom I, powieść, która zgarnęła wszystkie znaczące nagrody przyznawane polskiej fantastyce: Sfinksa, Zajdla, Nautilusa i Śląkfę. Natychmiastowy wielki sukces wydawniczy, rzesze fanów czekających na kolejne tomy, szał na konwentach.
Któż z nas nie zastanawiał się nad możliwością istnienia gdzieś, daleko, w jakiejś obcej galaktyce życia? Któż z nas nie pragnął choć przez moment posiąść jakiejś magicznej mocy, a tym samym władzy nad przyrodą bądź ludźmi? Kto nie chciałby trafić w miejsce, gdzie nie wyciągają po nas brudnych łapsk wszechobecne przepisy, zakazy i nakazy? Kto wreszcie nie miałby ochoty pogawędzić z ludźmi nieznającymi dobrodziejstw i przekleństw cywilizacji, poznać świat zupełnie inny od naszego, dziki, na wpół średniowieczny, ale realny? Vuko Drakkainen, syn Polki i Fina, wychowany w Chorwacji samotnik, który nigdzie nie może zagrzać miejsca na dłużej, dostaje taką... powiedzmy, szansę.
Postęp technologiczny na Ziemi doprowadził do odkrycia na jednej z planet antropoidalnej cywilizacji. Na obcy glob wysłano grupę naukowców, mających zbadać i opisać wszystko, co się da: faunę, florę, warunki klimatyczne i, co najważniejsze, szeroko pojętą kulturę obcych. Okazuje się, że nieznany świat rządzi się całkiem innymi regułami niż nasz. Przede wszystkim, zabija wszelką elektronikę. Po drugie, istnieje tam coś niesprecyzowanego, niewyjaśnialnego, co sprawia wrażenie bycia magią. Dlatego konieczne jest wysłanie do Midgaardu, jak zostaje nazwane to miejsce, ekipy ratunkowej. Podobnie jak w „Lewej ręce ciemności” Ursuli Le Guin, tak i tutaj przybysze z zewnątrz nie chcą siać paniki wśród autochtonów. Z tego powodu wyprawiony zostaje tylko jeden człowiek: wszechstronnie wyszkolony, wspomagany zdobyczami najnowszej techniki, przyzwyczajony do szoku kulturowego Vuko. Jego zasadniczym celem jest odnalezienie pozostałych przy życiu członków misji badawczej i sprowadzenie ich z powrotem na Ziemię, nie budząc przy tym podejrzeń kosmitów, którzy okazują się zdumiewająco podobni do ludzi...
Grzędowiczowi udało się ze sobą skutecznie, w naturalny sposób, bez zgrzytów zderzyć fantasy z science fiction. I za to należy mu się ogromny ukłon. Co więcej, połączył nasz świat ze światem na wskroś fantasy, pozwalając im koegzystować – w taki sposób, że nie budzi to zastrzeżeń. Wielu próbowało osiągnąć podobny efekt, ale najczęściej usiłowania te kończyły się w mniejszym lub większym stopniu fiaskiem. Jeszcze raz: brawa dla autora. Wykreował świat, w którym jeden ziemski heros, wyszkolony w sztukach walki, wyposażony w monomolekularny miecz oraz cyfral – wszczep w mózgu usuwający pewne defekty psychiki i zarazem podwyższający sprawność fizyczną – staje naprzeciwko ludzi żywcem wyjętych ze średniowiecza, potworów niczym z obrazów Boscha oraz, oczywiście, tego Niewiadomego, czyli magii.
Sam pomysł już jest świetny, fantastyczny w swej prostocie i możliwościach, jakie daje książce. Ogromny potencjał został znakomicie wykorzystany. Grzędowicz posiadł bowiem sztukę władania słowem. Naprawdę. Z PLO można się z powodzeniem uczyć pisać, tak wspaniały warsztat pisarski jest rzadko spotykany. Poprawne stylistycznie, piękne zdania, wzbogacone metaforami, porównaniami, zapożyczeniami, praktycznie bez powtórzeń słów. Do tego dochodzi erudycja autora, który co jakiś czas wprowadza dla czytelnika przeróżne literackie smaczki (niestety, boleję trochę nad tym, że czasem zanadto je afiszuje – gdy już domyśliłam się, do czego pije, niebawem pojawiało się niemal wprost wyjaśnienie). Dalej – budowanie klimatu. Z tym akurat bywa różnie, choć sądzę, że najczęściej efekt jest bliski zamierzeniom pisarza: poprzez lekturę czytelnikowi towarzyszy chęć poznania tajemnicy, dowiedzenia się, co będzie później, a główny bohater, co tu dużo mówić, po prostu momentalnie budzi sympatię.
Kolejną zaletą książki – czyżby brakowało wad? – jest sposób prowadzenia narracji. Przeplatają się trzy style przekazywania historii: wszechwiedzący trzecioosobowy, pierwszoosobowy z punktu widzenia Drakkainena oraz pierwszoosobowy z perspektywy pewnego mieszkańca planety. Nie muszę chyba dodawać, że dwa ostatnie bardzo się różnią między sobą. Vuko Drakkainen po prostu myśli o wydarzeniach rozgrywających się wokół i zdaje z nich relację, nie wybiegając naprzód, dodając od siebie sarkastyczne komentarze i znajdując analogie pomiędzy sytuacjami na planecie Midgaard a tymi znanymi z ojczystej Ziemi. Terkej Tendżaruk natomiast przyjmuje rolę opowiadacza, często wybiega myślami do przyszłych wydarzeń i o ile Vuko zdaje się mieć historię po prostu w głowie, o tyle Terkej jakby komuś ją przedstawiał.
W pierwszym tomie PLO spotkać się można ze wszystkim, co dobre w szeroko pojętej fantastyce. Autor całymi garściami czerpie ze schematów: mamy tu więc i podróże międzyplanetarne, i pierwszy kontakt, i niesamowite stworzenia rodem ze średniowiecznych bestiariuszy, i wgrywanie wiedzy jak w „Matriksie”, i elementy horroru, i liczne krwawe bójki, i walkę dobra ze złem, i opisy obcej architektury, i elementy survivalu, i mity, i knajpiane opowiastki, i inną humanoidalną rasę, i wreszcie klasyczną magię i miecz. Dodając do tego kunszt pisarski autora, jego zamiłowanie do gry z czytelnikiem, jego jedyną w swoim rodzaju uszczypliwą, ale trafiającą w sedno ironię (którą okazywał także na spotkaniu autorskim), po prostu nie sposób nie zachwalać tej powieści.
Owszem, występują w niej mankamenty. W historii młodego Terkeja pojawiają się niepokojące dłużyzny, a pewne postacie są wprowadzane zbyt szybko i czasem trudno się połapać, o kim mowa. Także imiona bohaterów – o ile zazwyczaj brzmią ładnie, o tyle u Amitrajów wszystkie są bardzo do siebie podobne i trudno je zapamiętać. Nie spodobało mi się też zbytnio nowe wydanie książki. Od poprzedniej wersji różni ją okładka (wprawdzie bardzo ładna, aczkolwiek nie dorastająca do pięt pierwotnej), a także rysownik i ilość ilustracji (występuje ich dużo więcej, jednak obrazki niestety często odbiegają od treści książki – piękna kobieta wygląda brzydko, dziewczyna, którą bohater widzi od tyłu została pokazana en face, oczy bojowych leopardów, rzekomo ślepych, na obrazku niczym się nie wyróżniają, itd.). Jedynym autentycznym plusem odnowionej edycji jest obecność wstążeczki-zakładki.
Pisząc PLO, Grzędowicz wykonał kawał solidnej roboty i ustawił wysoko poprzeczkę polskim twórcom fantastyki. Pierwszy tom cyklu czyta się bardzo, bardzo przyjemnie, pomijając może kilka przewlekłych fragmentów. Zwłaszcza ostatni rozdział to majstersztyk, stanowi zaskakującą, trafną pointę dla powieści i choćby dla niego warto sięgnąć po tę lekturę. Gorąco, szczerze polecam.


