| Okładka | Opis |
![]() |
|
Z debiutami bywa różnie, niektóre zachwycają świeżością, inne nużą powielanym schematem. Czasem wydawnictwa zarzucają czytelników przeciętnymi książkami, a wokół nich wrze różnie pojęta reklama, gdy inne przechodzą zupełnie bez echa. Niestety ten drugi los spotkał rewelacyjną, debiutancką powieść „Sprzysiężenie czerwonego wilka”. Wydana w 2008 roku, pogrążyła się w niebycie i dopiero po trzech latach doczekała się wydania w Polsce drugiego tomu.. Sama sięgnęłam po nią dopiero teraz, mimo, że kilka ładnych lat zbierała kurz na regale. Mam szczerą nadzieję, że informacje o planowanej na drugie półrocze tego roku premierze części trzeciej okażą się prawdziwe, gdyż recenzowana powieść mocno pobudziła mój apetyt na więcej.
Autor wykreował pasjonujący świat - Alifros, gdzie większość życia skupia się na morzu. Niewielkie połacie niezbyt gościnnych lądów i mnogość wysepek rozsianych po trzech oceanach sprawia, że nie sposób uniknąć marynistycznego języka pojawiającego się w powieści. Pisarz stworzył szereg ciekawych i oryginalnych ras, które oprócz ludzi zamieszkują morza i krainy Alifros: niewielkie, cieszące się złą sławą zatapiaczy okrętów, ixchele, zwane przez ludzi pełzaczami. Tajemnicza rasa murgh, żyjąca w morskich głębinach czy migrarze, zajmujące się głównie handlem niewolnikami. Ponadto znajdziemy tu przebudzone zwierzęta, które pewnego dnia odkryły, że posiadają świadomość. Ważne miejsce w powieści zajmuje polityka i konflikt między wchodem- Arqualem, a zachodem - Mzithrinem. U jego źródła s leży wiara, lecz to imperialistyczne marzenia władców sprawiają, że wojna nigdy na dobre się nie skończyła, a oba narody darzą się niesłabnącą nienawiścią.
W celu zaprowadzenia pokoju między cesarstwami w rejs wypływa Chathrand - zbudowany przed wiekami ostatni z Wielkich Żaglowców, gdy ludzkość zamieszkująca Arqual potrafiła jeszcze budować tak wspaniałe okręty. To właśnie na nim skupia się większość kluczowych dla powieści zdarzeń. Akcja rozkręca się dość wolno, gdyż pośród przygotowań do rejsu po kawałku poznajemy tło opowieści i jesteśmy wprowadzani w meandry historii orazprawa rządzące Alifros. Spotykamy pasażerów statku, wokół których upleciona została wielopoziomowa intryga, za jaką skrywa się prawdziwy cel przedsięwziętej wyprawy.
Wśród bohaterów książki na pierwszy plan wysuwa się małoletni Pazel Pathkendle, smołownik, pomocnik okrętowy, który dziwnym trafem znalazł się na pokładzie Chathranda. Chłopiec skrywa w sobie niespotykany talent do języków, wzmocniony jeszcze czarem, rzuconym niegdyś przez matkę. Jest odważny i nieco brawurowy, jednak również zaskakująco dojrzały jak na swój wiek. Los, a może zacieśniająca się powoli intryga sprawia, że wkrótce zaznajamia się z Tashą Isiq, nastoletnią córką ambasadora Arqualu, przeznaczoną na żonę mzithrińskiego księcia. Tasha jest inteligentną dziewczyną, która może nie wie, czego chce, ale z pewnością wie, czego nie chce. Wśród pobocznych bohaterów zaintrygował mnie Hercól, szpieg i wojownik, a także stróż i przyjaciel Tashy. Zainteresowałą mnie Dradielu, królowa ixchel:, one również mają swój cel związany z wielkim żaglowcem. Wszystkie postacie są ciekawie nakreślone, nieschematyczne i posiadające indywidualne cechy charakteru. Do końca książki nie można mieć pewności, kto stoi po jakiej stronie, komu Pazel i Tasha mogą zaufać, a kogo powinni się obawiać.
Powieść jest bardzo dobrze napisana. Podoba mi się spokojnie rozkręcająca się akcja, gdyż pozwala poczuć się częścią stworzonego świata. Autor nie zarzuca nas szeregiem gwałtownie następujących po sobie wydarzeń, gubiąc gdzieś ich sens, jak czasem się to zdarza debiutantom. Wprost przeciwnie, stworzył pełny obraz przeplatających się zdarzeń, które razem odkrywają powoli kolejne karty intryg i tajnych planów bohaterów. Wyraźnie widać spójność w kreacji świata oraz w koncepcji fabuły. Połączenie powieści fantastycznej z marynistyczną to świetne i wciąż dość świeże rozwiązanie, widać, że Redick jest obeznany w temacie i żeglarski żargon użyty jest w naturalny i nienachalny sposób. W polskim wydaniu przeoczono kilka literówek, z czym nie po raz pierwszy spotykam się w przypadku wydawnictwa MAG.

