Wieść

Zlot w Gdańsku 5-9.03.2015
12.03.2015 o 22:44 / Dodał: Filozof Luke
Gdański zlot marcowy, był dla mnie wyjątkowym zlotem. Był to pierwszy kilkudniowy zlot, na który nie musiałam nigdzie jechać. No prawie... W każdym razie bez problemu mogłam w dowolnej chwili wrócić do domu i nawet skorzystałam z tej możliwości.
5 marzec
Dostałam informację od Luke'a i Nevinyrrala (wtedy jeszcze tak się zwał), że pojawią się w Gdańsku o 12.35. Gdańsk przywitał ich typowo marcową pogodą, z minuty na minutę deszcz przechodził w słońce. Ponieważ dobrowolnie postanowiłam robić im za przewodnika po centralnym Gdańsku, więc nie mogłam ich zostawić samych sobie, gdy już wygramolili się z odrobinę tylko spóźnionego pociągu, zaprowadziłam ich najkrótszą (no prawie) drogą na ulicę, o jakże pięknej, nazwie: Tandeta, gdzie mieli zarezerwowane noclegi. Gdy już pojawił się właściciel obiektu i oprowadził nas po najbardziej ekskluzywnej zlotowej noclegowni ever i choć w sypialni było tylko małżeńskie łoże, a w salonie pojedyncza kanapa, jednak nikomu do końca zlotu to nie przeszkadzało.
Ponieważ śniadanie było już dawno pieśnią przeszłości, postanowiliśmy zaspokoić głód. W międzyczasie oczekiwaliśmy na VedVida, któremu udało się zgubić oraz Ingmara, z którym umówiliśmy się już niejako „po drodze”. Oczywiście już od samego początku zaczęła się wymiana najświeższych insiplotek, oraz dyskusje o tym, jak Twierdza się zmienia. Przechwyciwszy Veda, ruszyliśmy w kierunku polecanego mi przez koleżankę PyraBaru, niestety tłok był tam okropny. Udało nam się zwinąć Ingmara gdzieś pod Złotą Bramą i to on zaproponował nam, gdzie warto się udać na posiłek. Oddałam mu zatem prowadzenie, co poskutkowało dość okrężną drogą do celu, ale w końcu dotarliśmy do pizzerii. Na pięć osób, trzy pizze okazały się wystarczające, a przy oczekiwaniu i przy jedzeniu prowadziliśmy rozmowy na wszelakie tematy.
Po zaspokojeniu głodu, przyszła pora na ugaszenie pragnienia. I tu VedVid okazał się idealnym przewodnikiem, prowadząc nas do Browarnii, gdzie panowie uraczyli się wielce zacnym (ponoć) trunkiem, a ja skusiłam się na koktajl pomarańczowy z grenadiną. Lokal okazał się bardzo przyjemny i dość elegancki. Przy piwku ponownie snuliśmy rozmaite rozmowy, poznając się lepiej i czerpiąc radość ze spotkania.
I tak powoli mijały godziny, po wyjściu z Browarnii nieco się przespacerowaliśmy, by w końcu zakończyć wyprawę w wynajętym przez chłopaków apartamencie. Tam kontynuowaliśmy rozmowy, ale bezduszny zegar zmusił VedVida, Ingmara oraz mnie do opuszczenia przytulnego insi gniazdka. Luke oraz Nevin odprowadzili nas kolejno na tramwaj, kolejkę i dworzec PKS. Ustaliliśmy jedynie plan na piątek. Co panowie robili w nocy, to już ich słodka tajemnica, ale jakoś na bardzo zmęczonych rankiem nie wyglądali.
6 marzec rano- 7 marzec wczesne popołudnie
Dzień zaczęłam bardzo wcześnie, bo już o szóstej rano, chciałam wykorzystać wolne z pracy i przy okazji zrobić badania. Około dziesiątej, gdy byłam już wolna skontaktowałam się z Lukiem i wprosiłam do nich na śniadanie. W planie dnia była Gdynia, ponieważ wiedzieliśmy, że Ved miał bardziej ograniczony czas, postanowiliśmy umówić się z nim dopiero na popołudnie. Wpakowaliśmy się w SKMkę i udaliśmy do Gdyni Chyloni by zgodnie z planem zaliczyć odwiedziny w Gdyńskim Muzeum Motoryzacji. Po drodze Nevin przypomniał nam o grze w kontakt, co dało nam wiele powodów do śmiechu. Z Ingmarem umówiliśmy się już w samej Chyloni, a ponieważ byłam jedyną osobą, która widziała, gdzie szukać wspomnianego muzeum, znów wzięłam na siebie rolę przewodnika. Tym razem zaprowadziłam nas do celu, choć mocno okrężną drogą. Samo muzeum jest dość skromną halą, z bardzo nieskromną kolekcją, Ingmar wydawał się nieco znudzony, za to Luke był bardziej entuzjastyczny. Gdy już obejrzeliśmy co się dało, zgodnie z planami przedzlotowymi podjechaliśmy do Gdyni Głównej, by przejść się do Muzeum Marynarki Wojennej. Spędziliśmy w nim sporo czasu, ale i było co oglądać. Zarówno w części zamkniętej, jak i tej skansenowej. Niestety wstęp na ORP Błyskawicę jest dopiero od kwietnia, więc ten punkt programu z przykrością musieliśmy wykreślić z listy. Do Oceanarium postanowiliśmy się wybrać, jak już napijemy się dobrej kawy. Ingmar zaprowadził nas do bardzo sympatycznej kawiarnio- księgarni, gdzie czas upłynął nam na tyle miło, iż ani się obejrzeliśmy, a okazało się, że Akwarium zamkną nam za kilka minut. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko wrócić do Gdańska, w międzyczasie dołączył do nas VedVid.
Ponieważ nikt z nas nie jadł obiadu, postanowiłam przygotować chłopakom kopytka z boczkiem, pieczarkami, papryka i cebulą, by zaspokoić głód. Po kolacji zaczęła się najbardziej integrująca część zlotu, czyli obowiązkowe insiszczerości, połączone z wieczorkiem muzycznym. Padało bardzo dużo, bardzo niedyskretnych pytań, a wszystko przy akompaniamencie rozmaitej muzyki, między innymi, niezapomnianego hiciora całego zlotu, czyli piosenki o końcówce od konewki. Czasem ktoś przyciął na chwilę komara, ale ogólnie zachowaliśmy przytomność. I tak przyjemnie upłynął nam czas do piątej rano, kiedy to nadeszła pora odebrania corana z dworca PKS. Polskibus w przeciwieństwie do PKP przyjechał wcześniej, więc pokierowałam go by opuścił podziemne przejście i zgarnęliśmy go pod kinem. Przygarnęliśmy go i zaprowadziliśmy do apartamentu, po drodze ponoć kupiony został jakiś alkohol, w sklepiku monopolowym usytuowanym u stóp kościoła Świętej Katarzyny. Już na miejscu wzięłam się za upieczenie ciasta, dobry sposób, by nie odczuwać zmęczenia. Jak już otworzono normalne sklepy udaliśmy się po jakieś śniadanie, choć trudno mi przypomnieć sobie czym zaspokoiliśmy nasz głód. Po śniadaniu postanowiłam wrócić na kilka godzin do domu, by nieco się ogarnąć, chłopaki, prawie w komplecie odprowadzili mnie na autobus, po czym udali się zwiedzać muzeum archeologiczne w Gdańsku, z VedVidem w roli przewodnika. Nieco żałuję, że mnie ta część programu ominęła, choć wdrapywania się na wieżę, w celu podziwiania widoków mi nie szkoda i tak musiałabym zrezygnować. W drodze do domu udało mi się uszczknąć jakąś godzinną drzemkę, zawsze coś
7 marca popołudnie- 8 marca
Około osiemnastej postanowiłam powrócić do zlotowiczów. Wyszedł po mnie Luke i udaliśmy się w podziemia obiektu, gdzie oddaliśmy się przyjemności gry w bilard, w szalonej cenie 2 zł/h. Luke wykazał się mistrzostwem, choć podejrzewamy, że pomogły mu premie rasowe i klasowe, dające bonusy w podziemiach. Grało się bardzo miło, choć połączenie bilarda z kontaktem nie było najlepszym pomysłem, trudno było się skupić na dwóch rzeczach naraz. Rozegraliśmy kilka partii, wygrani byli różni, zresztą drużyny też się zmieniały. Było kilka spektakularnych zagrań, zwłaszcza w wykonaniu Luke'a i Nevina i kilka masakrycznych pudeł. VedVid musiał nas niestety opuścić, gdyż miał kila rzeczy do załatwienia. Po grze w bilard wróciliśmy do apartamentu, gdzie Luke objawił nam swoje kulinarne talenty przygotowując wyśmienite risotto. Jakoś w międzyczasie opuścił nas Ingmar, udając się na spotkanie ze znajomymi. My natomiast oddaliśmy się typowym, zlotowym rozrywkom. Rozmowami, szczerościami, puszczaniem muzyki... Był to bardzo przyjemny wieczór, choć w pewnym momencie zauważyliśmy, że niektórym z nas przyda się spacer. Ogarnęliśmy się i około trzeciej w nocy ruszyliśmy na nocne zwiedzanie gdańskiej starówki. Spacer wzdłuż Motławy i Raduni upłynął w dość intrygującej atmosferze. Po powrocie rozsądek zmusił nas do zażycia kilku godzin snu. I tak około piątej rano ułożyliśmy się spać, coran tylko odrobinę przeszkadzał nam wszystkim swoim spektakularnym chrapaniem. Z Nevinem zasnęliśmy koło szóstej rano umilając sobie czas rozmowami i komentowaniem całego zlotu.
Niedzielna pobudka miała miejsce około dziewiątej rano. Pogoda postanowiła nas rozpieścić tego ostatniego dnia, wiosenne słoneczko sprawiło, że zrodził się plan na dłuższy spacer. Pierwszy gotowość do kolejnego dnia okazał Luke, potem powoli zbierała się reszta. Powrócił do nas Ingmar i razem z nim udaliśmy się na bardzo późne śniadanie, a właściwie to wczesny obiad do wspominanego już wcześniej PyraBaru. Mieliśmy szczęście, bo akurat zwolnił się duży stolik, gdzie spokojnie zasiedliśmy, by rozkoszować się potrawami z ziemniaków, które okazały się wyśmienite, choć bardzo gorące i w większości dość pikantne. W PyraBarze odnalazł nas VedVid oraz narodził się plan pojechania do Sopotu, by w końcu udać się nad morze, które wcześniej mignęło nam jedynie w Gdyni, z Muzeum Marynarki Wojennej. Ponieważ jednak VedVid nie miał zbyt wiele wolnego czasu, najpierw pospacerowaliśmy nieco po Gdańsku zasiadając na chwilę pod pomnikiem Sobieskiego. VedVid jako pierwszy zakończył zlot i gdy się z nim pożegnaliśmy udaliśmy się po raz kolejny na SKMkę, by tym razem zakończyć podróż w Sopocie. Jak typowi turyści przeszliśmy się deptakiem Bohaterów Monte Casino, by zakończyć spacer na molo. I choć ludzi było bardzo dużo, nie przeszkadzało nam to w rozkoszowaniu się piękną pogodą i wzajemnym towarzystwem. Ponieważ było jeszcze w miarę wcześnie, postanowiliśmy skorzystać z deptaku, prowadzącego od Sopotu do Jelitkowa (sprawdziłam - było tego 7km
) Nieco zmęczeni wsiedliśmy w autobus miejski, by po przesiadce na tramwaj znów zawitać w progi apartamentu, drogę umilając sobie filmowymi kalamburami. Luke znów nas nakarmił i tym razem risotto, choć takie samo, okazało się jeszcze lepsze. Aż zegar wybił dla mnie godzinę powrotu do domu...
Podsumowanie i wrażenia
Ten zlot, pomimo że tak inny dla mnie niż wszystkie poprzednie okazał się niezmiernie udany. Fajnie było po raz kolejny spotkać Luke'a, poznać go nieco bliżej i mieć okazję polubić go jeszcze bardziej. Równie miło było znów zobaczyć się z VedVidem oraz wysłuchać kilka nowych vedyzmów- czy to nie znamienne, że on jako jedyny nie dostał w szczerościach pytania o najbardziej żenujący moment w życiu? Bardzo dobrze rozmawiało mi się z Nevinyrralem, jak zawsze zresztą, szalenie miło było móc się spotkać po raz kolejny. Fajnie, że miałam w końcu okazję nieco bliżej poznać Ingmara, z pewnością ten zlot pozwolił mi go lepiej zrozumieć, bo jakoś wcześniej nie miałam okazji. No i coran, najkrócej zlotujacy wśród nas, okazał się sympatycznym człowiekiem, choć nieco mniejszym, niż mi się wydawało i zdecydowanie wygląda młodziej, niż się spodziewałam.
Jak zawsze po zlocie naładowałam baterię pozytywną energią i do następnego zlotu powinno starczyć
I nie ważne, że licząc od piątkowego poranka, do wieczoru w niedzielę, na 66 godzin spałam jakieś cztery...
Byle do maja i mam nadzieję, znów spotkać się Wami w równie miłej atmosferze.
Written by Bacha85. Added by Luke.
5 marzec
Dostałam informację od Luke'a i Nevinyrrala (wtedy jeszcze tak się zwał), że pojawią się w Gdańsku o 12.35. Gdańsk przywitał ich typowo marcową pogodą, z minuty na minutę deszcz przechodził w słońce. Ponieważ dobrowolnie postanowiłam robić im za przewodnika po centralnym Gdańsku, więc nie mogłam ich zostawić samych sobie, gdy już wygramolili się z odrobinę tylko spóźnionego pociągu, zaprowadziłam ich najkrótszą (no prawie) drogą na ulicę, o jakże pięknej, nazwie: Tandeta, gdzie mieli zarezerwowane noclegi. Gdy już pojawił się właściciel obiektu i oprowadził nas po najbardziej ekskluzywnej zlotowej noclegowni ever i choć w sypialni było tylko małżeńskie łoże, a w salonie pojedyncza kanapa, jednak nikomu do końca zlotu to nie przeszkadzało.
Ponieważ śniadanie było już dawno pieśnią przeszłości, postanowiliśmy zaspokoić głód. W międzyczasie oczekiwaliśmy na VedVida, któremu udało się zgubić oraz Ingmara, z którym umówiliśmy się już niejako „po drodze”. Oczywiście już od samego początku zaczęła się wymiana najświeższych insiplotek, oraz dyskusje o tym, jak Twierdza się zmienia. Przechwyciwszy Veda, ruszyliśmy w kierunku polecanego mi przez koleżankę PyraBaru, niestety tłok był tam okropny. Udało nam się zwinąć Ingmara gdzieś pod Złotą Bramą i to on zaproponował nam, gdzie warto się udać na posiłek. Oddałam mu zatem prowadzenie, co poskutkowało dość okrężną drogą do celu, ale w końcu dotarliśmy do pizzerii. Na pięć osób, trzy pizze okazały się wystarczające, a przy oczekiwaniu i przy jedzeniu prowadziliśmy rozmowy na wszelakie tematy.
Po zaspokojeniu głodu, przyszła pora na ugaszenie pragnienia. I tu VedVid okazał się idealnym przewodnikiem, prowadząc nas do Browarnii, gdzie panowie uraczyli się wielce zacnym (ponoć) trunkiem, a ja skusiłam się na koktajl pomarańczowy z grenadiną. Lokal okazał się bardzo przyjemny i dość elegancki. Przy piwku ponownie snuliśmy rozmaite rozmowy, poznając się lepiej i czerpiąc radość ze spotkania.
I tak powoli mijały godziny, po wyjściu z Browarnii nieco się przespacerowaliśmy, by w końcu zakończyć wyprawę w wynajętym przez chłopaków apartamencie. Tam kontynuowaliśmy rozmowy, ale bezduszny zegar zmusił VedVida, Ingmara oraz mnie do opuszczenia przytulnego insi gniazdka. Luke oraz Nevin odprowadzili nas kolejno na tramwaj, kolejkę i dworzec PKS. Ustaliliśmy jedynie plan na piątek. Co panowie robili w nocy, to już ich słodka tajemnica, ale jakoś na bardzo zmęczonych rankiem nie wyglądali.
6 marzec rano- 7 marzec wczesne popołudnie
Dzień zaczęłam bardzo wcześnie, bo już o szóstej rano, chciałam wykorzystać wolne z pracy i przy okazji zrobić badania. Około dziesiątej, gdy byłam już wolna skontaktowałam się z Lukiem i wprosiłam do nich na śniadanie. W planie dnia była Gdynia, ponieważ wiedzieliśmy, że Ved miał bardziej ograniczony czas, postanowiliśmy umówić się z nim dopiero na popołudnie. Wpakowaliśmy się w SKMkę i udaliśmy do Gdyni Chyloni by zgodnie z planem zaliczyć odwiedziny w Gdyńskim Muzeum Motoryzacji. Po drodze Nevin przypomniał nam o grze w kontakt, co dało nam wiele powodów do śmiechu. Z Ingmarem umówiliśmy się już w samej Chyloni, a ponieważ byłam jedyną osobą, która widziała, gdzie szukać wspomnianego muzeum, znów wzięłam na siebie rolę przewodnika. Tym razem zaprowadziłam nas do celu, choć mocno okrężną drogą. Samo muzeum jest dość skromną halą, z bardzo nieskromną kolekcją, Ingmar wydawał się nieco znudzony, za to Luke był bardziej entuzjastyczny. Gdy już obejrzeliśmy co się dało, zgodnie z planami przedzlotowymi podjechaliśmy do Gdyni Głównej, by przejść się do Muzeum Marynarki Wojennej. Spędziliśmy w nim sporo czasu, ale i było co oglądać. Zarówno w części zamkniętej, jak i tej skansenowej. Niestety wstęp na ORP Błyskawicę jest dopiero od kwietnia, więc ten punkt programu z przykrością musieliśmy wykreślić z listy. Do Oceanarium postanowiliśmy się wybrać, jak już napijemy się dobrej kawy. Ingmar zaprowadził nas do bardzo sympatycznej kawiarnio- księgarni, gdzie czas upłynął nam na tyle miło, iż ani się obejrzeliśmy, a okazało się, że Akwarium zamkną nam za kilka minut. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko wrócić do Gdańska, w międzyczasie dołączył do nas VedVid.
Ponieważ nikt z nas nie jadł obiadu, postanowiłam przygotować chłopakom kopytka z boczkiem, pieczarkami, papryka i cebulą, by zaspokoić głód. Po kolacji zaczęła się najbardziej integrująca część zlotu, czyli obowiązkowe insiszczerości, połączone z wieczorkiem muzycznym. Padało bardzo dużo, bardzo niedyskretnych pytań, a wszystko przy akompaniamencie rozmaitej muzyki, między innymi, niezapomnianego hiciora całego zlotu, czyli piosenki o końcówce od konewki. Czasem ktoś przyciął na chwilę komara, ale ogólnie zachowaliśmy przytomność. I tak przyjemnie upłynął nam czas do piątej rano, kiedy to nadeszła pora odebrania corana z dworca PKS. Polskibus w przeciwieństwie do PKP przyjechał wcześniej, więc pokierowałam go by opuścił podziemne przejście i zgarnęliśmy go pod kinem. Przygarnęliśmy go i zaprowadziliśmy do apartamentu, po drodze ponoć kupiony został jakiś alkohol, w sklepiku monopolowym usytuowanym u stóp kościoła Świętej Katarzyny. Już na miejscu wzięłam się za upieczenie ciasta, dobry sposób, by nie odczuwać zmęczenia. Jak już otworzono normalne sklepy udaliśmy się po jakieś śniadanie, choć trudno mi przypomnieć sobie czym zaspokoiliśmy nasz głód. Po śniadaniu postanowiłam wrócić na kilka godzin do domu, by nieco się ogarnąć, chłopaki, prawie w komplecie odprowadzili mnie na autobus, po czym udali się zwiedzać muzeum archeologiczne w Gdańsku, z VedVidem w roli przewodnika. Nieco żałuję, że mnie ta część programu ominęła, choć wdrapywania się na wieżę, w celu podziwiania widoków mi nie szkoda i tak musiałabym zrezygnować. W drodze do domu udało mi się uszczknąć jakąś godzinną drzemkę, zawsze coś
7 marca popołudnie- 8 marca
Około osiemnastej postanowiłam powrócić do zlotowiczów. Wyszedł po mnie Luke i udaliśmy się w podziemia obiektu, gdzie oddaliśmy się przyjemności gry w bilard, w szalonej cenie 2 zł/h. Luke wykazał się mistrzostwem, choć podejrzewamy, że pomogły mu premie rasowe i klasowe, dające bonusy w podziemiach. Grało się bardzo miło, choć połączenie bilarda z kontaktem nie było najlepszym pomysłem, trudno było się skupić na dwóch rzeczach naraz. Rozegraliśmy kilka partii, wygrani byli różni, zresztą drużyny też się zmieniały. Było kilka spektakularnych zagrań, zwłaszcza w wykonaniu Luke'a i Nevina i kilka masakrycznych pudeł. VedVid musiał nas niestety opuścić, gdyż miał kila rzeczy do załatwienia. Po grze w bilard wróciliśmy do apartamentu, gdzie Luke objawił nam swoje kulinarne talenty przygotowując wyśmienite risotto. Jakoś w międzyczasie opuścił nas Ingmar, udając się na spotkanie ze znajomymi. My natomiast oddaliśmy się typowym, zlotowym rozrywkom. Rozmowami, szczerościami, puszczaniem muzyki... Był to bardzo przyjemny wieczór, choć w pewnym momencie zauważyliśmy, że niektórym z nas przyda się spacer. Ogarnęliśmy się i około trzeciej w nocy ruszyliśmy na nocne zwiedzanie gdańskiej starówki. Spacer wzdłuż Motławy i Raduni upłynął w dość intrygującej atmosferze. Po powrocie rozsądek zmusił nas do zażycia kilku godzin snu. I tak około piątej rano ułożyliśmy się spać, coran tylko odrobinę przeszkadzał nam wszystkim swoim spektakularnym chrapaniem. Z Nevinem zasnęliśmy koło szóstej rano umilając sobie czas rozmowami i komentowaniem całego zlotu.
Niedzielna pobudka miała miejsce około dziewiątej rano. Pogoda postanowiła nas rozpieścić tego ostatniego dnia, wiosenne słoneczko sprawiło, że zrodził się plan na dłuższy spacer. Pierwszy gotowość do kolejnego dnia okazał Luke, potem powoli zbierała się reszta. Powrócił do nas Ingmar i razem z nim udaliśmy się na bardzo późne śniadanie, a właściwie to wczesny obiad do wspominanego już wcześniej PyraBaru. Mieliśmy szczęście, bo akurat zwolnił się duży stolik, gdzie spokojnie zasiedliśmy, by rozkoszować się potrawami z ziemniaków, które okazały się wyśmienite, choć bardzo gorące i w większości dość pikantne. W PyraBarze odnalazł nas VedVid oraz narodził się plan pojechania do Sopotu, by w końcu udać się nad morze, które wcześniej mignęło nam jedynie w Gdyni, z Muzeum Marynarki Wojennej. Ponieważ jednak VedVid nie miał zbyt wiele wolnego czasu, najpierw pospacerowaliśmy nieco po Gdańsku zasiadając na chwilę pod pomnikiem Sobieskiego. VedVid jako pierwszy zakończył zlot i gdy się z nim pożegnaliśmy udaliśmy się po raz kolejny na SKMkę, by tym razem zakończyć podróż w Sopocie. Jak typowi turyści przeszliśmy się deptakiem Bohaterów Monte Casino, by zakończyć spacer na molo. I choć ludzi było bardzo dużo, nie przeszkadzało nam to w rozkoszowaniu się piękną pogodą i wzajemnym towarzystwem. Ponieważ było jeszcze w miarę wcześnie, postanowiliśmy skorzystać z deptaku, prowadzącego od Sopotu do Jelitkowa (sprawdziłam - było tego 7km
Podsumowanie i wrażenia
Ten zlot, pomimo że tak inny dla mnie niż wszystkie poprzednie okazał się niezmiernie udany. Fajnie było po raz kolejny spotkać Luke'a, poznać go nieco bliżej i mieć okazję polubić go jeszcze bardziej. Równie miło było znów zobaczyć się z VedVidem oraz wysłuchać kilka nowych vedyzmów- czy to nie znamienne, że on jako jedyny nie dostał w szczerościach pytania o najbardziej żenujący moment w życiu? Bardzo dobrze rozmawiało mi się z Nevinyrralem, jak zawsze zresztą, szalenie miło było móc się spotkać po raz kolejny. Fajnie, że miałam w końcu okazję nieco bliżej poznać Ingmara, z pewnością ten zlot pozwolił mi go lepiej zrozumieć, bo jakoś wcześniej nie miałam okazji. No i coran, najkrócej zlotujacy wśród nas, okazał się sympatycznym człowiekiem, choć nieco mniejszym, niż mi się wydawało i zdecydowanie wygląda młodziej, niż się spodziewałam.
Jak zawsze po zlocie naładowałam baterię pozytywną energią i do następnego zlotu powinno starczyć
Byle do maja i mam nadzieję, znów spotkać się Wami w równie miłej atmosferze.
Written by Bacha85. Added by Luke.
Komentarze
Tę wieść skomentowano 0 razy.
Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.
Tę wieść skomentowano 0 razy.
Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.
